Widzisz wypowiedzi znalezione dla hasła: tradycje w Wielkiej Brytanii





Temat: PUBLIKACJA, cytowanie, dyby - dla wtajemniczonych
m_mt napisała:

> Rozpoczelam burze, niechcacy, an temat publikacji Waszych mini-reprtazy...
> Zastrzeglam sobie wszelkie prawa.
> Troche zartowalam, ale zeby zaraz w dyby????

Zastrzec sobie mozna prawa, do czegos, co sie samemu stworzylo.
Umiejetnosc postawienia pytania - to nie jest tworzenia tekstu. Bo tekst tworzy
autor. A nie ten co pytal ( nazwijmy go "pytek"). Choc czasami madre
postawienie pytania to juz polowa odpowiedzi, zwlaszcza w naukach scislych ( w
tym i medycznych).

>
> Panie doktorze i Pan zwolennikiem takich niehumanitarnych metod???!!!!!!!!!!???

Mojej ulubione metody to na przklad "branding". "Pillory" , tak czesto stosowane
, tradycyjnie w Wielkiej Brytanii, byloby uklonem w strone tradycji.

Zauwaz przy okazji, ze w spoleczenstwie kanadyjskim narasta zniechecenie do
lagodnego traktowania przestecow. Bo oni niczego sie nie ucza i wracaja do
przestepstwa bardzo szybko.

Wizja "three stikes and you are out" ma sporo zwolennikow USA i staje sie
popularna w Kanadzie. Mam nadzieje, ze za jakies 5-10 lat bedzie istniejaca
regula w Kanadzie.

Bo kara to nie tylko i sposob na rehabilitacje induwidualna sprawcy, to takze
element prewencji ogolnej ( odstraszenie potencjalnych przestepcow). Jak
prowadzisz woz po pijanemu to zostajesz zlapany i idziesz na 3 lata do obozu
pracy na polnocy Kanady, przewijac niemowlaki bialych niedzwiedzi i scinac lasy..

I to dopiero dziala.

W Kanadzie w tym zakresie nie ma wcale demokracji. Ta sady dyktuja jak ma
wygladac prawo, i jak powinno byc stosowane. Nie ma wylaczonego "Trybunaly
Konstytucyjnego, ktory, jako jedyny organ, mialby prawo zawiesic przepis prawa
do czasu uchwalenia nowego przez parliament.

>
> To tez zart - uwazam, ze mam poczucie humoru. Szczegolnie jesli chodzi o moje
> zdanie z watku o "Waszych miastach", by Ci co nie chca byc publikowani
> zaprotestowali. To moja wrodzona przekora, jako, ze coraz czesciej zarzucani
> jestesmy jakas niechciana korespondencja, propozycjami zakupow wysylkowych,
> przysylanych nam do domu... I coraz wiecej na zasadzie, jak nie chcesz od nas
> e-maili, wypisz sie z listy, za dwa tygodnie, moze system zaskoczy i moze Ci
> nie bedziemy juz przysylac, ale Ty musisz sie wypisac... Przysllalismy Ci
> produkt - zaplac, a jesli nie chcesz odeslij nam to (w domysle - jesli nie
> wykonasz ruchu, jestes nam winien zaplate...) Itd itd. Czasem jest to zabawne
> czasemfrustrujace... Wiec wycztajcie prosze sarkazm w moim zdanku.

Moj sarkazm jest z pewnoscia mniej zauwazalny. Ale zapewniam Cie , ze wlozylem
go sporo.

>
> Zo do publikacji, wydaje mi sie, ze mogloby to byc mile przyjete przez
> szukajacyh pomyslu na emigracje, szczegolnie do Kanady. Ja naprawde uwazam, ze
> pojawily sie tam fajniaste listy o miastach, odczuciach i chec podzielenia sie
> tym wszystkim moglaby odnalezc odbicie w publikacji.

Ja tez tak uwazam, zwlaszcza, ze wieksosc produkcji "forum" nie znajduje sie
dostepne na WWW i trzeba znac okreslone "tricki" aby do tych 10 tysiecy
postingow (circa) dotrzec.

>
> Moze chcecie, albo nie macie nic przciwko, dajcie znac, moze kiedys cos z tego
> wyjdzie... Szczegolnie, ze sporo tam pozytywnego punktu widzenia, posrod dos
> wywazonych oipinii. Mniescie zadziwili i dzieki Wam wszystkich. Jeszcze bym
> tam cos poczytala o mistach, nawet tych samych jesli ktos
> ma inny punkt widzenia,

Hmmm :=)))

A co to jest cipinia ? Etymologicznie brzmi jakos znajomo.

>
> a watek o publikacjach moze pociagnijmy tu, jesli chcecie.
>
> Tez zapowiedzial sie ciekawie.
>
> Panie Doktorze, moze Pan przepisze jakie dybki na recepte??

Ooo, w tym zakresie wystarczy podkrecic "dream catcher" i juz dziala i bucy...

>
> Milej nocki tym co noca stukaja, kolorowych snow tym co spia, a milego dzionka
> tym co zasiada tu jutro i dalej
>
> mmt
>

Pozdrawiam Wacpania, sluga i podnozek

dradam 1/2






Temat: Związek Socjalist. Republik Europejskich
Związek Socjalist. Republik Europejskich
d'Estaing chce jakoś ładnie nazwać Unię Europejską. I to już wkrótce - zaraz
po jej rozszerzeniu i po zreformowaniu unijnych instytucji. Były prezydent
Francji proponuje, by była to na przykład "Wspólnota
Europejska", "Zjednoczona Europa" albo nawet "Stany Zjednoczone Europy".
Ponieważ nie wskazał, która z proponowanych nazw najbardziej wpadła mu w oko,
można wnosić, że żadna nie jest godna Unii Europejskiej i że dalej trzeba się
rozglądać. Niekoniecznie, oczywiście, w poszukiwaniu tak wykwintnych
sformułowań jak pana Carla Beddermanna, że Unia, w której swego czasu uznano
za niedopuszczalne zagnieżdżanie się w oborach jaskółek, to "dom wariatów".
Nowa nazwa Unii nie powinna w żadnym wypadku lekceważyć tradycji i
sprawdzonych rozwiązań przodków. Tym bardziej że, jak powiada pomysłodawca
przechrzczenia Unii, pan Valery Giscard d'Estaing, "nazwa ma siłę
symboliczną, pozwalając każdemu obywatelowi identyfikować charakter i ambicje
projektu europejskiego". Skoro tak, to najbardziej pasuje Związek
Socjalistycznych Republik Europejskich. Skrót ZSRE nie należy do łatwo
wpadających w ucho, ale ZSRS też nie i w niczym to nie przeszkadzało.
Najważniejsze, że nazwanie Unii ZSRE spełniałaby swoją rolę - masy
europejskie bezbłędnie "identyfikowałyby charakter i ambicje projektu
europejskiego" tak odnośnie do "bazy", jak i "nadbudowy". Byłoby jasne, że
wspólna waluta, wspólne prawo, wspólne podatki, wspólna socjalistyczna
gospodarka, renacjonalizacja rolnictwa, jedna konstytucja i ewentualnie jeden
europejski prezydent, że to wszystko nie na żarty, tylko na serio.
Przy okazji mógłby poczuć i niejaką satysfakcję pan Wiatr, że
przepowiedział "Unię bez tajemnic". Zadowolony byłby na swój sposób i Uno
Silberg, estoński polityk, który niedawno podczas międzynarodowego Forum
Społeczeństw Europejskich w Dublinie porównał Unię Europejską z byłym
Związkiem Sowieckim, jako że administracje UE i byłego ZSRS są do siebie
podobne i nie dają małym krajom dostatecznych swobód, prawa obowiązujące w
byłym ZSRS i UE są nadrzędne wobec przepisów konstytucyjnych krajów
członkowskich. "Rozszerzenie UE i budowa federalnego socjalizmu nie
pozostawiają żadnej swobody małym krajom, są korzystne jedynie dla dużych
państw, co może doprowadzić do społecznej, ekonomicznej i politycznej
katastrofy w Europie" - jedyną alternatywą jest zakrojona na szeroką skalę
współpraca między państwami Europy, nie zaś ich federacja i tworzenie nowego
supermocarstwa. Ignorant z Estończyka. Nie słyszał widać, że jedyną
alternatywą dla UE, przynajmniej w Polsce, jest "druga Białoruś". A nawet,
jak życzliwie ostrzega pewien ksiądz biskup, "jeśli nie Bruksela, to
Władywostok". I tak dobrze, że choć już trzynaście lat od upadku PRL-u żyjemy
poza Unią, to jeszcze do żadnej tragedii nie doszło. Zaiste, zrządzenie losu.
Konwent UE w czwartek i piątek debatował nt. osobowości prawnej Unii i nad
jej kształtem w przyszłości - czy ma mieć, jak chcą Niemcy, charakter
federacyjny (superpaństwo), czy raczej zostanie zachowany, jak wolałyby
Francja, Wielka Brytania i Hiszpania, model międzyrządowy. Niemcy mają więcej
do powiedzenia, ale nie ma co się martwić. Co znaczy choćby i utrata
suwerenności w obliczu zażegnania widma drugiej Białorusi i Władywostoku. Na
utratę suwerenności jesteśmy przygotowani i tak już od referendum
konstytucyjnego w 1997 roku. "Rzeczpospolita Polska może na podstawie umowy
międzynarodowej przekazać organizacji międzynarodowej lub organowi
międzynarodowemu kompetencje organów władzy państwowej w niektórych sprawach"
(Konstytucja RP, Art. 90 § 1). W ramach ZSRE miałby też kto naszą
socjalistyczną republiką europejską administrować. Komisarz Guenter
Verheugen, wywodzący się z SPD "skumanej" w latach 80. z PZPR, wie, na kogo
stawiać: "Sposób, w jaki Aleksander Kwaśniewski i inni przekształcili
komunistyczną partię w socjaldemokrację, jest bardzo przekonujący. Ci ludzie
są wiarygodni, odpowiedzialni i są prawdziwymi Europejczykami".
Jaka szkoda, że - jak to w socjalizmie - prędzej czy później zabraknie
pieniędzy, ludzie zgnębieni biurokracją, wyśrubowanymi podatkami zaczną się
buntować. Aż w końcu wesoła Unia się rozpadnie. Za sprawą między innymi
takich wrogów ustroju europejskiego, jak greccy chłopi, którzy zablokowali
drogi, protestując przeciwko nałożeniu na nich obowiązku korzystania z kas
fiskalnych. A to ciemnogród. W ząb nie rozumieją, że kasy są na targowiskach
niezbędne do handlu, np. marchwią, która - jak wiadomo - w UE jest owocem.






Temat: Zmartwychwstanie "Agrosu"
Zmartwychwstanie "Agrosu"
Za sprawą Mariana Meyera, właściciela Zakładów Mięsnych "Viola" w Lnianie w
Borach Tucholskich, nie zniknie niezapomniany smak wyrobów wędliniarskich
produkowanych w nieistniejącym już koszalińskim "Agrosie".
Zmartwychwstanie też "Agros", dzięki charakterystycznemu logo firmy
zakupionemu od syndyka przez "Violę", która wyroby o "agrosowym" smaku będzie
nim sygnowała. A wszystko to dzięki przedstawicielowi "Violi" na region
koszaliński Jerzemu Leszczyńskiemu, który właściciela firmy namówił do
wspomnianych kroków.
Po upadku "Agrosu" "Viola" kupiła od syndyka pięć sklepów firmowych: dwa w
Koszalinie i po jednym w Dygowie, Karlinie i Kołobrzegu wspomina J.
Leszczyński. Ludzie często nagabywali w nich sprzedawców o wyroby z "Agrosu",
więc namówiłem pana Meyera na produkcję krakowskiej suchej i salami
koszalińskiego na agrosowskich recepturach. I tak się zaczęło.
Receptury te i inne opracowano specjalnie i jako wzorcowe dla koszalińskich
zakładów mięsnych w Instytucie Przemysłu Mięsnego i Tłuszczowego w Poznaniu.
Były one drogie, ale szybko wypromowały wspaniałą markę produktów z "Agrosu".
Po upadku zakładu, m.in. dzięki zwolnionym z pracy ludziom, receptury trafiły
na rynek, bo nie były chronione prawnie. Niestety. Smak agrosowskich wyrobów
szybko zniknął, gdyż firmy produkujące zgodnie z tamtymi recepturami wycofały
się z nich, bo jak wspomnieliśmy były drogie. Nie przystawały także do
mnogości tanich wyrobów "mięsnopodobnych" jak je określa J. Leszczyński.
Pasowały natomiast idealnie do wizerunku "Violi", firmy z 17-letnią tradycją,
wielokrotnie nagradzanej złotymi medalami na targach Polagra i posiadającej
godło "Teraz Polska".
Za kiełbasę krakowską suchą na agrosowskiej recepturze dostaliśmy złoty medal
na ubiegłorocznej Polagrze mówi z dumą przedstawiciel "Violi". Wierzę, że
równie wysoko zostanie ocenione salami koszalińskie, które będzie wystawione
na targach w tym roku, a z nim być może także parówki marynarskie.
Wydaje się, że obawy J. Leszczyńskiego są bezpodstawne wspomniana krakowska i
salami już podbijają Wielką Brytanię i Irlandię, nie tylko w oficjalnym
eksporcie. Duże ilości wędlin wywożą pracujący tam Polacy z naszego
województwa, którzy twierdzą, że można je jeść nawet przez trzy miesiące, gdyż
się nie psują. Dłużej nimi żyć nikt nie próbował, bo na dłużej ich nie
starczało, a na miejscu ich nie kupowano były dla Polaków za drogie. Na razie
wymienione trzy gatunki wędlin będą sprzedawane jako produkt "Violi". Później,
jako produkowane w "Violi", mają trafić do sklepów od Słupska do Szczecina i
od Kołobrzegu do Szczecinka, już z logo koszalińskiego "Agrosu". Podobnie jak
wiele innych, albo i wszystkie z 38 agrosowskich produktów, które kiedyś
sprzedawały się najlepiej i których produkcję według oryginalnych receptur
rozważa właściciel "Violi".
O poważnym podejściu naszej firmy do osiągnięcia identyczności smaku wędlin
tamtych i obecnych najlepiej świadczą technologiczne inwestycje właściciela
ujawnia J. Leszczyński. W tym celu uruchomił on specjalną dojrzewalnię tylko
kiełbasy krakowskiej i salami koszalińskiego.
Konsumentom w naszym województwie, kujawsko-pomorskim (gdzie produkuje
"Viola") i reszcie Polski, pozostaje tylko wyglądać na dniach wyrobów
sygnowanych logo "Agrosu". Gwarantuje ono bowiem niezapomniany sprawdzony smak
produktów z nieistniejącego zakładu, który dzięki znaczkowi ze świnką w roli
głównej żyje... po śmierci.
www.kurier.szczecin.pl/?d=regiony1&id=94954




Temat: Irak: dwaj polscy żołnierze zginęli w wypadku
Drogi Panie!
Niestety dla pana coraz bardziej dostrzegam, że moje „popisy logiczne i
metodologiczne” są niezbędne i trafne. Jedna uwaga proszę sobie zadać trud
uważnego czytanie tego co piszę i otwierania linków, inaczej cała ta zabawa
jest bez sensu.

Zapewniam pana że nie mam nic wspólnego z osobą podpisującą się axel.schmidt.
Do tej pory bardzo rzadko surfowałem po forach internetowych i ani razu nie
wymieniałem się postami z Panem. Oczywiście początki paranoi jakie u pana
dostrzegam sprawią ze po moim zaprzeczeniu jeszcze bardziej uwierzy pan w to co
napisał ,ale trudno.

Proszę pana dlaczego zarzuca mi pan gołosłowie gdy piszę o projekcji, przecież
podałem panu rozsądne uzasadnienie? Mówimy o ugruntowanej tradycji
terapeutycznej. Niestety im bardziej zaprzecza pan ze nie chodzi o projekcję
tym bardziej ją pan potwierdza. Bo psychoanaliza działa tak jak pana koncepcja,
jest niewywrotna. Zatem podsumowując akapit pierwszy i drugi jeszcze raz
apeluję o udanie się do terapeuty. Proszę przestać zarzucać mi liczenie na
korzyści syjonistów bo to jest głupi argument i na dodatek niegodziwy, pominę
pańską bełkotliwą i pokrętną analizę a’la Zygmunt Wrzodak o „robieniu kariery
na grzbietach”. Jestem freelancerem w najlepszym sensie tego słowa i nie robię
kariery na żadnych grzbietach.

W sprawie Arafata. „Tak. Izraelskie klamstwa nic tu nie znmienia.” Sugeruje
pan że Guardian, lewicowa, pacyfistyczna, przeciwna wojnie w Iraku gazeta
publikuje izraelskie kłamstwa? Sugeruje pan ze we Francji, kraju
antysojnistycznym i antyamerykańskim, kraju którego porwani dziennikarze mogą
liczyc na wstawiennictwo Arafata, że w tym kraju prokuratorzy dali się wpuścić
w Izraelskie kłamstwo? Drogi panie nie napisałem że
Arafat nie żyje skromnie. Napisałem że dokonał transferu na konto Suhy Arafat.
I to nawet nie ja tylko Guardian. Bardzo dokładnie napisane jest na jakie cele
były przeznaczone inne sumy: 560 mln funtów na prywatne przedsięwzięcia
powiązane z członkami władz autonomii palestyńskiej. I tyle, niczego nie
zarzucam Arafatowi podałem tylko cytaty, pan zareagował jak „bezkrytyczny
klakier”., bo ktoś spróbował podważyć pańśki dogmat.
„Gdyby Arafat byl czlowiekim, jakim pan go tu maluje: skorumpowanym zdrajca
swego narodu, to nie ryzykowalby swego zycia sprzeciwiajac sie Izraelowi, lecz
przyjalby narzucana mu przez Izrael role izraelskiej marionetki. Wowczas moglby
okradac swoj narod, a pan by to nie rozglaszal, lecz ukrywal.” Proszę pana ja
nikogo nie maluję – podałęm dwa cytaty z wiarygodnych nieizraelskich źródeł i
tyle - , ale gdybym stosował podobną pańskiej pokrętna dialektykę to
powiedziałbym że Arafat nie miałby szans przezyć jako izraelska marionetka, nie
wspominając o tym że jego arabscy sojusznicy dysponują większymi środkami.
‘Przy okazji pan mnie wyśmiał kiedy napisałem że fakty które są sprzeczne z
pana koncepcją wyjaśni pan „knowaniami któregoś z Szatanów” (USA, Zachodu,
Izraela). Drogi panie pan właśnie to zrobił. CBDO

Co do www.ameu.org/printer.asp?iid=192&aid=234 to przeczytałem uważnie i w
latach 1800 -1914 nie zauważyłem jakieś „zbrodniczej kolonizacji” poza
umieszczeniem agenta w Bagdadzie i budową kolei, oraz przyjęciem protektoratu
wielkiej Brytanii przez Kuwejt. Musi się pan bardziej postarać jeśli chce mnie
pan przekonać, albo proszę odjąć te 114 lat od okresu rzekomej
dwuchsetletniej „zbrodniczej kolonizacji” krajów któ®e wymieniłem.

W sprawie danych, niestety znowu jeśli dane nie zgadzają się z pana tezami to
odrzuca pan dane. „Chodzi panu o powszechnie znane slogany głupawych mediów” –
drogi panie miałem na myśli głupawe amerykańskie media “every newspaper in
North America, who are long accustomed to letters to the editor and left-of-
centre columnists claiming, in the words of the Hartford Courant's Susan
Campbell on June 30, "According to UNICEF, a half-million children and toddlers
have died since 1990 as a direct result of the sanctions” (jak rozumiem według
pana są one syjonistyczne) więc o co panu chodzi? Drogi panie pan nie zadaje
sobie trudu otwierania linków które panu zamieszczam. Gdyby pan przeczytał
uwazanie to by się pan dowiedział: “Albright's comments were shocking, as were
the numbers, but doubts were soon raised about their validity. A January 1996
letter to The Lancet found inconsistencies in the mortality figures. A follow-
up study in 1996, using the same methodology, found much lower rates of child
mortality. In October 1997 the authors of the initial letter wrote again to The
Lancet, this time reporting that mortality rates in the follow-up study
were "several-fold lower than the estimate for 1995



Temat: Fabryki Kosmetyczne - dane
Witam,

Oto jest fragment wywiadu, gdzie zamieszczone są informacje na temat wielkości
inwestycji Avonu. Wywiad został opublikowany w "Rzeczpospolitej" 7 lipca 2003,
a zatem podane liczby już będą trochę nieaktualne, ale warto przeczytać:

ROZMOWA NA GORĄCO
Bob Toth, wiceprezes koncernu kosmetycznego Avon na region Europy, Bliskiego
Wschodu, Afryki i Azji-Pacyfiku

Polski model się sprawdził

Niedawno ambasada USA uznała Avon za wzorcową amerykańską inwestycję w Polsce.
Czy polski rynek także jest wzorcowy dla Avonu?

BOB TOTH: Jesteśmy w Polsce od 1992 roku i w tym czasie zbudowaliśmy tu model
działania skoncentrowany nie tylko na krajowym rynku, ale obejmujący swym
zasięgiem sąsiednie państwa. W Polsce stworzyliśmy centrum regionu, skąd
wspieramy naszą działalność na 15 rynkach Europy Środkowowschodniej. Zarówno od
strony produkcyjnej, co zapewnia fabryka w Garwolinie, jak też i marketingowej.
Ten model dobrze się sprawdził i obecnie wprowadzamy go w całym Avonie.

Jednym z rezultatów rozwoju Avonu w Polsce jest zamknięcie zakładu w Wielkiej
Brytanii. Czy trudno było pogodzić tę decyzję z dbałością Avonu o pozytywny
wizerunek?

To była jedna z najtrudniejszych decyzji, gdyż dotyczyła ok. 500 pracowników,
których musieliśmy zwolnić z fabryki w Northampton. Ale działając na bardzo
konkurencyjnym rynku, trzeba podejmować trudne decyzje. Avon, firma ze 116-
letnią tradycją musi być konkurencyjna także w przyszłości. Podejmując decyzję
o zamknięciu zakładu w Northampton, oczywistą z finansowego punktu widzenia,
staraliśmy się zachować nasze wartości pomagając zwalnianym osobom w
znalezieniu nowej pracy. Na szczęście w Northampton jest niskie bezrobocie i
ok. 90-proc. zatrudnienie. Moce produkcyjne i miejsca pracy z Anglii trafiły do
Garwolina. Przenoszenie produkcji zakończymy do kwietnia tego roku.

Czy fabryce w Polsce też może zagrozić za kilka lat konkurencja innej, bardziej
opłacalnej lokalizacji?

Na razie koszty pracy w Europie Środkowej są znacząco niższe niż na Zachodzie,
ale zdajemy sobie sprawę, że gdy Polska wejdzie do Unii Europejskiej, różnice
się zmniejszą. Biorąc jednak pod uwagę nasze inwestycje w Garwolinie sądzę, że
efektywność produkcji w fabryce jeszcze się poprawi. Tak więc ogólny koszt
prowadzenia biznesu pozostanie bez zmian albo niewiele wzrośnie.

Zainwestowaliśmy już w Polsce ponad 100 mln USD i w tym roku zainwestujemy w
fabrykę w Garwolinie kolejne 12 mln USD. Jest to największy pod względem
produkcji zakład Avonu na świecie. Biorąc pod uwagę makroekonomiczny kierunek
rozwoju Polski i rozwój naszego biznesu tutaj, nie sądzę, by w tym albo w
następnym pokoleniu pojawiło się zagrożenie dla produkcji w Garwolinie.

Wkrótce zamieszczę jeszcze jakieś informacje.

Pozdrawiam serdecznie,

Krysia
(-)



Temat: ANTYJUDAIZM I ANTYCHRZEŚCIJANIZM
Pozwolę sobie na postawienie takiej oto tezy: Złe stosunki nieżydowsko -
żydowskie nie mają swego źródła w religii. Jeśli juz, to jest to sprawa wtórna.
Ponieważ nie potrafię pisać tekstów z "falbankami" - postaram się przedstawić
mój poglad w "prostych żołnierskich słowach".

Jak autor wątku raczył był zauważyc:

" Z innych przekazów,(również Flawiusza)
wiemy, iż Żydzi stanowili w czasach antyku arystokrację handlu i
pieniądza. Powstania i ruchawki, które często, w najrozmaitszych
prowincjach
Cesarstwa wybuchały przeciw nim, spowodowane były oskarżeniami o
lichwę,
nieuczciwość."

Pan Henio napisał:

"Kazarzy europejscy nazywający siebie Żydami byli “eksmitowani” z każdego
kraju,
ale oni wciąż wracali do swoich “prześladowców i morderców”. Wydalano
ich
ponieważ oni monopolizowali handel i finanse, przemycali, intrygowali
na
dworach, ściągali bezwzględnie podatki, uprawiali lichwę, zadłużali
ludność
podstępami “marketingu”, pożyczali królom na wojny i tym wpływali na
politykę..."

Już te dwa fragmenty swiadczą wyraźnie, że Żydzi najczęściej dzięki trzymaniu
się razem potrafili (w każdym kraju pobytu i w każdych warunkach) budować swoją
pomyślność ekonomiczną. Takie wyróżnianie się bogactwem wśród miejscowej
ludności musiało być źle widziane i źle widziane było. Ponieważ na przestrzeni
dziejów miejsce miały częste kryzysy i zawirowania polityczne, to nie dziwi
fakt, ze ofiarami tych zawirowań często padali Żydzi. Nie można zarabiać dużych
pieniędzy nie będąc uwikłanym w tzw układy czy politykę.

Nastepna sprawa to fakt, że tak już jesteśmy w wiekszości skonstruowani, że
przyzwyczajamy się do miejsca pobytu, kultury, języka, religii. Daje to
społeczeństwom podstawę do tworzenia podziałów na "naszych" i "przybyszów".
Jeśli "naszym" dobrze się wiedzie (bez wnikania o przyczyny tego powodzenia),
to wszystko w porzadku. Jednak, gdy wśród "nas" pojawią się "przybysze" -
sprawa nie jest już tak prosta. Szczególnie, gdy po jakimś czasie zaczynają
bogactwem swoim sie wyróżniać, córek zamąż za miejscowego nie chcą wydać,
rozmawiają przy nas obcym językiem (abyśmy nie mogli wiedzieć o czym mówią)...
Takie postawy budzą u miejscowych wszelkie najgorsze instynkty. Powstaje
przysłowiowa beczka prochu. Wtedy wystarczy iskra...
Dowodów w historii tego swiata aż nadto.
Zadałem sobie pytanie: Czy takie postawy wyróżnić mozna tylko w stosunkach
żydowsko - niezydowskich? - Ależ nie. Nie tak dawno temu na terenie Wielkiej
Brytanii miały miejsce zamieszki miedzy miejscowymi (swoimi) i przybyszami.
Chodzi o hindusów. Zarzuty stawiane przez miejscowych były dokładnie takie same
jakie stawia się Żydom, a więc: wyróżnianie się poprzez bogactwo, język...etc.

Dlaczego religijność przybyszów postawiłem na drugim miejscu?
Wprawdzie uważa się, ze religijność Żydów sprzyja umacnianiu się społeczności
żydowskiej poprzez wspólne świętowanie, kultywowanie tradycji, jezyka i ...
spotkania biznesowe, ale jednak to sukcesy w tym biznesie są solą w oku dla
nieżydów. Wyobraźmy sobie, że wszyscy Żydzi tego świata mieszkają w swoim
państwie. Są bogaci, wierzą inaczej niż nieżydzi. Komuś by to przeszkadzało?
Pozdrawiam

Janusz




Temat: O sufrażystkach i prawie wyborczym
O sufrażystkach i prawie wyborczym -czII
Kontynuuję temat
Jeśli prześledzimy proces uzyskiwania praw wyborczych przez kobiety, to okaże
się, że właściwie NIE DA się tego procesu w uzasadniony sposób powiązać z
wpływami ruchu feministycznego w danym kraju (pomijając nawet wspomniany już
fakt, że siła tego wpływu w ŻADNYM kraju nie była duża). Wygląda to tak: Nowa
Zelandia (1893), Australia (1902), Finlandia (1906), Norwegia (1913), Rosja
Sowiecka (1917), Kanada (1918), Niemcy, Austria, Polska, Czechosłowacja (1919),
USA i Węgry (1920), Wielka Brytania (1928), Ekwador (1929), RPA (1930),
Brazylia, Urugwaj, Tajlandia (1932), Turcja i Kuba (1934), Filipiny (1937),
Francja, Włochy, Rumunia, Jugosławia, Chiny (1945), Indie (1949), Pakistan
(1956), Szwajcaria (1971) i Syria (1973) (za -Sergiusz Kowalski, Cztery
argumenty antyfeministyczne i komentarz, Rzeczpospolita 144/6221. W przypadku
USA sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, niż podał to autor artykułu,
wrócę jeszcze do tego). Jesli jest tu jakiś "klucz", to z pewnością nie jest to
siła ruchu feministycznego. Kuba z kultem "macho" poprzedza republikańską
Francję, katolicka Polska poprzedza "ojczyznę liberalizmu" Anglię, islamski
Pakistan, demokratyczną Szwajcarię itd. Co ciekawe, "równouprawnienie"
wprowadzono stosunkowo późno (jesli liczyć to jako czas jaki upłynął od
wprowadzenia powszechnego prawa wyborczego dla mężczyzn, do rozszerzenia tego
prawa na kobiety), w "starych demokracjach", takich jak Anglia, Francja, czy
USA (tu z pewnym zastrzeżeniem), gdzie ruch sufrazystek rozwijał się NAJLEPIEJ.
Mówiąc inaczej - w pewnych krajach obecność ruchu feministycznego nie pomogła
kobietom w uzyskaniu równości proceduralnej, w innych krajach brak tego ruchu
wcale w tym nie zaszkodził. Dlaczego kraje w których ruch był najsilniejszy
wprowadziły równość proceduralną stosunkowo późno? Powodem może być tu, to, że
były to kraje stosunkowo stabilne - w porównaniu z resztą świata. I tu
dochodzimy do "klucza". Łatwo zauwazyć, że równouprawnienie proceduralne
pojawia się dość niespodziewanie w krajach, (czasem bez tradycji
demokratycznych, nie mówiąc już o feministycznych), przezywających
różne "zawirowania historyczne" (jak np. Europa Środkowa po I wojnie
światowej, także po II), które obalały, lub mocno osłabiały dotychczasowe
układy polityczne i społeczne, dopuszczając do głosu "siły", kierujące się
inkluzywnym pojęciem ludu. (można by je okreslić jako "siły demokratyczne", ale
byłoby to dość mylące, zwazywszy, że "siły" o jakich mówię obejmują też
komunistów zdobywającch władzę w Rosji czy Europie Środkowej). W krajach
pozaeuropejskich były to dość wąskie (i męskie) elity wykształcone na
europejskich uniwersytetach, miejscowi "westernizatorzy", jak np. młodoturcy w
Turcji. W ten sposób islamski Pakistan mógł wyprzedzić liberalną Anglię.
Uwaga o USA - zazwyczaj jako datę wprowadzenia równości proceduralnej w USA
podaje się rok 1920. Jak pisałem - jest to pewne uproszczenie. W tym roku
równośc proceduralna stała się praktyką obowiązującą na terenie całego kraju. O
ile mi wiadomo, wcześniej równość taką wprowadzono w wielu stanach, w pierwszym
w 1869 roku. Nie był to rzecz jasna wynik "nacisku sufrażystek", ale jeden ze
skutków zmian w USA (także w prawie) po wojnie secesyjnej.



Temat: Źródło antysemityzmu Polaków
Re: Polski antysemityzm (2)

Autor: maurycy

Szok II wojny światowej i zmiany narzucone przez ustrój przywieziony na czołgach
z czerwoną gwiazdą zmieniły polskie społeczeństwo. Większość Żydów została przez
Niemców zagazowana w obozach koncentracyjnych. Ci co ocaleli, widzieli w
Polakach braci, którzy ocalili im życie. Wielu zmieniło nazwiska, aby zniknąć w
morzu polskości, a ich dzieci nawet nie wiedziały, że są pochodzenia
żydowskiego. Ukraińcy zostali po drugiej stronie linii Kurzona, a niemieckich
volksdeutchów wysiedlono przymusowo do Niemiec lub sami wyjechali po 1956 roku
na tzw. pochodzenie. Była jednak jeszcze jedna grupa. U.B.-ków, którzy przybyli
do Polski razem z sowieckim NKWD. Byli to Żydzi, którzy uciekli przed Niemcami
do ZSRR lub mieszkali na byłych terenach wschodnich, którzy często byli
członkami socjalistycznego Bundu, którzy z radością witali armię czerwoną i
którzy szybko wstąpili do KPZR i szybko awansowali w aparacie terroru,
opanowanego przez rosyjskich Żydów.

Ludzie ci stanowili trzon U.B. Co więcej, byli totumfackimi Stalina w polskim
rządzie (prawdziwych polskich komunistów Stalin kazał wymordować po rozwiązaniu
KPP przez Komintern). Ludzie ci tropili i niszczyli wszelkie objawy opozycji,
oporu lub baraku konformizmu z narzuconym nam obcym reżimem. Tępione też były
wszelkie objawy tożsamości etnicznej, niszczona kultura ludowa – gdzie
pozostawiono jedynie cepeliowski skansen. Miało to swoje dobre strony, gdyż
wyrównywało różnice społeczne i etniczne, ale wybuch musiał nastąpić. Nastąpił
on po wyjeździe do Izraela pierwszej fali Żydów, którzy utożsamiali się z
nowopowstałym państwem w roku 1956 po upadku stalinizmu w Polsce. Pozostali
jedynie ci, którzy uważali się za Polaków.

Pierwszym wybuchem był marzec 1968, będący rezultatem konfliktu pokoleń dzieci
prominentów komunistycznych z rodzicami, które utożsamiały się z PRL, lecz
chciały go zreformować – np. Naszkowska, Szechter, Michnik – nie zdającej sobie
wtedy sprawy, że system był niereformowalny. Riposta Gomułki i tzw. partyzantów
Moczara była błyskawiczna – wszystkiemu winni są Żydzi, którzy buntują czyste,
socjalistyczne pokolenie młodych Polaków. Tak odrodziła się hydra antysemityzmu
w Polsce, w kraju, którego prawodawstwo karało za antysemityzm, zgodnie z Kartą
ONZ. Skazano na banicję wielu ludzi według jednego kryterium – pochodzenia
etnicznego i oczyszczono szeregi PZPR z większości znienawidzonych byłych
funkcjonariuszy S.B. i urzędników państwowych. Z kąpielą wylano także
najbardziej zasłużonych polskich naukowców i intelektualistów.

Wraz z upadkiem PRL, upadły mity o jedności narodowej. Nadszedł pluralizm,
zarówno społeczny jak i etniczny. Naraz się okazało, że mamy w Polsce Litwinów,
Niemców, Kaszubi zostali uznani jako nacja, a Ślązacy walczą o swą odrębność
narodową. Nagle stwierdziliśmy, że nie jesteśmy katolickim monolitem, lecz
aglutynacją religijnych, agnostycznych i ateistycznych odrębności. Kościół
przestał być symbolem antykomunistycznej opozycji i zszedł na pozycje narodowe.
Nagle możemy manifestować swoje poglądy i przekonania polityczne od skrajnej
prawicy do trockistowskiej lewicy. W swojej nowej formie odrodziło się
przedwojenne Stronnictwo Narodowe. Giertychy ruszyły do akcji w dobrej tradycji
guru Jędrzeja. Pojawili się nowi piewcy ksenofobicznych ideologii tacy jak
Tejkowski. Idea narodowa znalazła urodzajną niwę na łonie KK – ks. H. Jankowski
czy też ojciec Rydzyk. Rośnie popularność poglądów populistycznych –
„Samoobrona”.
Paradoksem jest, że najbardziej demokratyczne i liberalne poglądy prezentuje
centrum (w stanie szczątkowym) i lewica postkomunistyczna.

W drugiej połowie wieku XX, wiele pokoleń Polaków znalazło się za granicami.
Diaspora londyńska i żołnierze Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Diaspora
moczarowska i ostania to diaspora solidarnościowa. Nie należy także zapominać o
milionach Polaków, którzy wyjechali z pobudek czysto ekonomicznych – turyści,
którzy nie wrócili, czy też legalni emigranci, ściągnięci przez rodziny do
różnych krajów – USA, Kanady, Australii, RPA i Wielkiej Brytanii. Oddzielną
grupę stanowią tzw. Niemcy etniczni, którzy nagminnie wyjechali do RFN na tzw.
pochodzenie. Większość z nich wyjechało na papierach, które udowadniały, ze
dziadek służył w pruskiej armii podczas I wojny światowej, co nie było trudne,
jeżeli się pochodziło z byłego zaboru pruskiego.




Temat: PRELEKCJA - ZYDOWSKIE PANSTWO CHAZAROW
O Chazarach i nazwach
We wrześniu 1986 na UJ w Krakowie odbyła się konferencja „ Autonomia Żydów w
Rzeczypospolitej szlacheckiej” w której udział wzięło udział wielu uczonych z
Polski, Francji, USA, Wielkiej Brytanii i Izraela.
Referat swój wygłosił Moshe Altbauer, profesor filologii słowiańskiej
Uniwersytetu w Jerozolimie, członek Polskiej Akademii Umiejętności.
Poniżej kilka fragmentów tej wypowiedzi:

„W swoim przyczynku językoznawczym związanym z osadnictwem Żydów na wschodnich
ziemiach historycznej Polski (M.Altbauer „Jeszcze o rzekomych „chazarskich”
nazwach miejscowych na ziemiach polskich” Onomastica, 1968, t. 13 s.120-128)
starałem się udowodnić, że hipoteza o istnieniu chazarskich nazw miejscowości
jest błędna. Jej celem było potwierdzenie teorii, iż pierwszymi osadnikami
żydowskimi w Polsce byli potomkowie zjudaizowanych Chazarów, którzy przybyli ze
Wschodu. Ojcem tej hipotezy toponomastycznej był dygnitarz austro - węgierski,
H.Freiherr von Kutschera (Die Chasaren, Wiedeń 1910). Za nim przyjęli ją
bezkrytycznie socjolog Maksymilian Gumplowicz (Początki religii żydowskiej w
Polsce – Warszawa 1903) i z kolei poważny badacz historii Zydów polskich Ignacy
Schiper. (Dzieje kultury żydowskiej w średniowieczu – Warszawa 1926
Zdaniem wymienionych autorówpodstawą „chazarskich” nazw miejscowości typu
Kozary, Kozarka, Kozarowicze, Kozarcy itp. Miała być nazwa etniczna Chazar.
Jednakże – jak widać, żadna z nazw miejscowości figurujących na liście nie
zaczyna się na CH, choć w polszczyźnie nazwy kraju i grupy etnicznej Chazaria,
Chazarowie mają właśnie taki nagłos.
Do rzekomych nazw chazarskich zaliczono również nazwę dawnego przysiółka
Kawiory w gminie Czarna Wieś (obecnie jest to nazwa dzielnicy w dzielnicy
Krowodrza w Krakowie), wywodząc ją z nazwy jednego z plemion chazarskich
zanotowanych zźródłach bizantyńskich w postaci „kabroi”, co w wymowie greckiej
wczesnego średniowiecza brzmiałoby „kawari”. Za taką etymologią opowiedział się
nawet sam Schiper, choć dysponował dokumentacją historyczna pozwalającą łączyć
nazwę Kawiory z hebrajską nazwą grobów. Dopiero kazimierz Nitsch w obszernym
dopisku do mojego artykułu W sprawie kirkutu, opierając się na dokumentach
historycznych dostarczonych mu przez historyka Romana Grodeckiego takich jak
Kodeks dyplomatyczny miasta Krakowa, Najstarsze księgi miasta Krakowa itp.
Wykazał, że krakowskie Kawiory to „sepulturae Iudeorum”.wywodzące się z
hebrajskiego >kewurym< ( w wymowie aszkenazyjskiej), >groby<. Nitsch przyjął
moją hipotezę, iż kirków/kierków, pochodzące z niemieckiego Kirchhof oznaczał
pierwotnie cmentarz ewangelicki a dopiero pożniej stał się nazwą cmentarza
żydowskiego. Przeprowadził on również za pomocą różnych ośrodków
uniwersyteckich kwerendę dla ustalenia znaczenia kierkowa, jego wariantów
fonetycznych i morfologicznych oraz geografii. Po latach okazało się, że wyniki
tej synchronicznej kwerendy że wyniki tej synchronicznej kwerendy z lat
pięćdziesiątych naszego wieku odpowiadają prawie dokładnie danym uzyskanym z
dokumentów polskich i łacińskich związanych z samorządem żydowskim w Polsce
oraz danym z wielu tekstów przywilejów nadanych Żydom w miastach i miasteczkach
Polski.
Na podstawie naukowych zdobyczy toponomastyki polskiej naszego stulecia ( w
pracach Witolda Taszyckiego, Mieczysława Karasia, Haliny Safarewiczowej i in.)
udowodniłem, iż wszystkie nazwy uznane za „chazarskie” przez Kutscherę,
Gumplowicza i Schipera są bezsprzecznie polski mi i mają swe paralele w nazwach
miejscowych w innych krajach słowiańskich”.
______________

Jehuda ben Meir ha Kohen, uczony zydowski żyjący w XI w. w Moguncji, jest
autorem zaginionego dzieła "Sefer ha-dinim" ( O prawie i rytuale) powstałego
przed 1040. Nieliczne, zachowane fragmenty jego pracy przekazane w XIII wieku
przez żydowskich pisarzy wspominają o gminie żydowskiej w Przemyślu i
Wrocławiu. Ta pierwsza może, choć nie musi wskazywać na kontakty z p-d wschodem
Europy ( i dalej), wszak Przemyśl leżał na szlaku handlowym do Kijowa.

Ukłony
Scan

Euromir napisał:

"Wiadomo dzis, iz wielu Zydow chazarskich , pewnie wiekszosc, wywedrowala i
osiedlila sie w Polsce. Inni na terenach dzisiejszej poludniowej Ukrainy i
Rosji. To oni stanowili poczatki zydowskiej nacji w Rzeczypospolitej.
Wymieszani z Zydami przybylymi z Wegier, Hiszpanii, Niemiec, Holandii stanowia
nieliczna stosunkowo juz dzis, po zaszlosciach niemieckiej eksterminacji i
powojennemu exodusowi do Izraela, grupe polskich - najczesciej swiadomych
(poprzez tradycje judaizmu) swej tozsamosci Zydow".




Temat: Przeciw ujednoliconemu Europejczykowi
Heil Hitler! W Amsterdamie
Animozje między narodami łagodzi bliższe wzajemne poznanie, tak przynajmniej
można by sądzić. Dlaczego zatem Holendrzy tak bardzo nie lubią Niemców? Tu,
podobnie jak w Wielkiej Brytanii, nie zakończyła się jeszcze II wojna światowa.
Kiedyś, mieszkając w Niemczech, pojechaliśmy do Holandii na wycieczkę. Na
jednej z ulic Amsterdamu jakiś Holender ujrzawszy niemiecką rejestrację naszego
auta zaczął krzyczeć "Heil Hitler!". Pospieszyliśmy wytłumaczyć mu, że jesteś-
my Polakami, i Holender gorąco nas przeprosił. Nie jest łatwo porozumieć się w
Holandii w języku niemieckim, bo niemiecki nie cieszy się popularnością, mimo
że Holendrzy uczą się go w szkole. Wszyscy natomiast mówią po angielsku.
Niechęć Holendrów jest odwzajemniana przez Niemców posądzaniem ich o skrajne
skąpstwo. Holender w przyczepie kempingowej wypełnionej zupami w proszku to
ulubiony temat niemieckich dowcipów. Obraz ten nie jest zresztą pozbawiony
podstaw.
Wszyscy w Europie czują się Europejczykami - jedni więcej, inni mniej. Francuzi
są przepełnieni państwowym patriotyzmem mniej niż Niemcy, którzy chcieliby
przestać świecić oczami za nazistowską przeszłość. Nic dziwnego, że chętnie
przeprowadzają się do innych krajów, na przykład do USA, gdzie bardzo szybko
zostają Amerykanami i zapominają języka.

Europejczyk niestandardowy
Stereotypy o przyjaźni między narodami wywodzą się z epoki romantycznej i nie
mają dziś zastosowania. Nadają się tylko do przemówień i deklaracji o wzajemnej
przyjaźni i współpracy. Nie porusza już nikogo powoływanie się na "wspólne
braterstwo broni" i "wspólnie przelaną krew". Europa zrobiła się zimna i
cyniczna, a sympatie do poszczególnych narodów zmieniają się z godziny na
godzinę, najczęściej pod wpływem polityków i mediów. Dziś modni są Francuzi,
jutro Anglicy, a za chwilę Włosi. Europejczyk jaki jest, każdy widzi -
wykształcony, ucywilizowany, każdy ma taką samą lodówkę, taki sam samochód i je
na śniadanie te same jogurty. Czy takiej Europy oczekujemy? Europy, w której
każdy jest poprawny politycznie, nienawidzi Ameryki i podziwia na ekranie
telewizyjnym ten sam program, na przykład "Idola". Przed taką Europą, kreowaną
przez ideologów i polityków, bronią się Europejczycy, pokazując, że każdy naród
jest inny, także poprzez swoje sympatie i animozje. Narody chcą dziś bardziej
niż u progu powstawania wspólnej Europy walczyć o zachowanie swoich tradycji,
własnych wartości i tożsamości narodowej. A składa się na nią także golonka,
pizza, szampan i bigos. Wygląda na to, że zwolennicy ujednoliconego
Europejczyka stoją na z góry przegranej pozycji.
Każdy Niemiec ma swego lubianego bądź nie lubianego Polaka, każdy Polak ma
takiegoż Francuza albo Hiszpana. I to jest najlepsza droga do nawiązywania
przyjaźni między narodami. Polityka nie ma nic do tego.

Krystyna Grzybowska

Pozdrawiam i zapraszam na:
Forum Słowiańskie
nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ:
www.pajacyk.pl
Ignorant
+++



Temat: Pan-islam już się zbliża
Chorągwie dżihadu

Arabia Saudyjska – na jej fladze narodowej widnieje zakrzywiony miecz – nie
wydaje się skonsternowana tymi wezwaniami do religijnego podboju świata.
Ambasada saudyjska w Waszyngtonie poleca wizytę na stronie internetowej swojego
wydziału ds. islamu, gdzie czytamy: „Od muzułmanów wymaga się podniesienia
chorągwi dżihadu, aby na świecie zapanowało słowo Allaha”. Arabia Saudyjska
wydaje miliardy petrodolarów na propagowanie szczególnie konserwatywnej formy
islamu – wahabizmu – łożąc na budowę meczetów i szkół islamskich na Zachodzie.
Około 80 proc. meczetów w Stanach Zjednoczonych pozostaje pod kontrolą
wahabitów.

Minister oświaty Arabii Saudyjskiej nawołuje dzieci w wieku szkolnym, by
gardziły chrześcijaństwem i judai-zmem. Z nowego podręcznika zaaprobowanego
przez władze oświatowe tego arabskiego królestwa sześciolatki dowiadują się,
że „wszystkie inne religie oprócz islamu są fałszywe”. Przypis na stronie
zachęca nauczycieli, by „zadbali o wyjaśnienie” tej kwestii. W Egipcie z kolei
podręcznik „Studia teologiczne. Tradycje i moralistyka” wyjaśnia, że
szczególnie „szlachetny” fragment Koranu „zachęca wiernych do prowadzenia
dżihadu w Bożej sprawie, ścinania głów niewiernym, odbierania im wolności i
obalania ich władzy – a wszystko to w retoryce, która zawiera najwznioślejsze
przykłady gotowości do walki”.

Popularnym tematem rozmów w arabskich stacjach telewizyjnych jest dobór
najlepszej strategii podboju Zachodu. Panuje zgoda, co do tego, że skoro świat
zachodni dysponuje przytłaczającą przewagą gospodarczą, wojskową i naukową,
podbój taki musi potrwać,
a frontalny atak przyniósłby skutki odwrotne do zamierzonych. A zatem
najlepszym sposobem jest emigracja muzułmanów i nawracanie na islam.

Zbrojni w cierpliwość

Saudyjski profesor Naser bin Suleiman al-Omar stwierdził w telewizji Al-Majd,
że islam czyni postępy wedle ustalonego planu – do tego stopnia, że dziesiątki
tysięcy muzułmanów wstąpiło do armii amerykańskiej, a islam jest drugą co do
wielkości religią w Stanach Zjednoczonych. Ameryka zostanie zniszczona. Ale
musimy się uzbroić w cierpliwość.

Islam jest obecnie drugą religią nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale także w
Europie i Australii. W Europie żyje 15 milionów muzułmanów, we Francji jeden
obywatel na dziesięciu jest muzułmaninem, a tamtejsze władze szacują, że
każdego roku 50 tysięcy chrześcijan przechodzi na islam. W Brukseli przez
ostatnie cztery lata najpopularniejszym imieniem nadawanym chłopcom jest
Mahomet. W Anglii więcej ludzi przychodzi się modlić do meczetów niż do świątyń
Kościoła anglikańskiego.

Al-Kaidę krytykuje się za niecierpliwość oraz rozbudzenie czujności Zachodu.
Saudyjski kaznodzieja szejk Said al-Kahtani powiedział w satelitarnej telewizji
Ikraa: Gdybyśmy byli cierpliwi i pozwolili, aby czas zrobił swoje, zamiast
ośmiu milionów (muzułmanów) mielibyśmy w USA 80 milionów i za 50 lat Stany
Zjednoczone stałyby się krajem muzułmańskim.

Trudno uznać te wypowiedzi za wyskoki i pustą retorykę przedstawicieli islamu,
którzy i tak mają świadomość, że reszta świata nadal będzie wyznawać fałszywą
wiarę. Doktor Zaki Badawi, były umiarkowany dyrektor Islamskiego Ośrodka
Kultury w Londynie, przyznaje: Islam usiłuje się rozprzestrzeniać w Wielkiej
Brytanii. Islam to religia uniwersalna. Stara się dotrzeć ze swoim przekazem do
wszystkich zakątków świata. Jest wyrazem nadziei, że pewnego dnia cała ludzkość
stanie się muzułmańską społecznością



Temat: O Jagiellonii i Brytanii z Normanem Daviesem
O Jagiellonii i Brytanii z Normanem Daviesem
Lubię być wolnym człowiekiem

Rozmowa z prof. Normanem Daviesem

"Zawsze czułem się swobodnie: napiszę tak, jak ja to widzę. Nie należę do
tej tradycji historiograficznej, w której historyk stoi w kolejce i
obowiązkowo musi się nie zgadzać z poprzednikiem. Lubię być wolnym
człowiekiem, co czasem kosztuje, ale myślę, że trzeba być ponad awantury
zawodowe."

Zacznijmy od pańskich korzeni intelektualnych. Gdy 10 lat temu rozmawialiśmy
w Oksfordzie, powiedział mi pan, że jako historyk wiele zawdzięcza A.J.P.
Taylorowi, "marksiście z rolls-roycem", jak pan go określił...

Norman Davies: Taylor był moim mentorem. W Oksfordzie każdy student ma
swojego opiekuna-naukowca, czyli dona. Ale Taylor nigdy nie był komunistą,
nie ścierpiałby dyscypliny partyjnej. Był natomiast lewicującym synem bardzo
bogatego kapitalisty. Później dowiedzieliśmy się, że gdy studiował w
Oksfordzie w latach dwudziestych, jeździł otrzymanym od taty rolls-roycem.
Matka zaś była zwolenniczką Trockiego - to była bardzo nietypowa angielska
rodzina. Taylor miał duży talent pisarski: pisał barwnie, łatwo trafiał w
sedno. Nie obracał się w kręgach elit, władzy, był wolnym człowiekiem. Był to
wybitny uczony, bardzo opiekuńczy i cierpliwy dla studentów, ale ostry dla
kolegów po fachu. Traktował mnie jak prawdziwego przedstawiciela klasy
robotniczej, którą uwielbiał, ale chyba nigdy wcześniej nikogo z niej nie
spotkał. Mieszkał w dużej willi w najbardziej ekskluzywnej dzielnicy
Liverpoolu, chodził do szkoły z internatem, potem studiował w Oksfordzie. W
ogóle nie miał do czynienia z proletariatem, z którym tak romantycznie się
związał. Było to dość powszechne w krajach Europy Zachodniej, że marksiści,
czy szerzej: ludzie lewicujący, rzadko mieli cokolwiek wspólnego z prawdziwym
ludem.

Autorzy znanego plakatu propagandowego z czasów pierwszej wojny światowej,
zachęcającego obywateli Zjednoczonego Królestwa do wstępowania w szeregi
armii, odwoływali się do poczucia wspólnoty Brytyjczyków

Historycy angielscy, a wśród nich i pan, są trochę inni niż historycy
kontynentalni. Kładą większy nacisk na umiejętność pisania. Jakby bardziej im
na tym zależało niż uczonym niemieckim, francuskim czy polskim. To prawdziwy
fenomen, że - przy całym szacunku dla rozmaitych mistrzów polskiej
historiografii - nie mamy ostatnio barwnych syntez. Po Jasienicy pojawił się
dopiero pan.

N.D.: Od młodych lat miałem skłonność do pisania. Mój stryj Don Davies był
pisarzem, poprawiał mnie za czasów szkolnych - wiedziałem, że mam nie
najgorsze pióro. Potem był Taylor, którego wszyscy uważali za prawdziwego
mistrza w przekazywaniu myśli. On był pierwszym "tele-donem" z Oksfordu.
Występował w telewizji w czasach, gdy jeszcze wszystko szło na żywo. Jego
wykłady też. To wielka sztuka zmieścić wykład historyczny w 29 i pół minucie.
Ni mniej, ni więcej. Producenci telewizyjni nie wierzyli, że ktoś potrafi
zrobić coś takiego. Ale Taylor jak najbardziej. Bez notatek gadał do kamery
dokładnie tak długo, ile chcieli. W Oksfordzie studenci masowo przychodzili
na jego "cyrk". W Magdalen College był dzwon wybijający godziny i wszyscy
czekaliśmy, czy uda mu się skończyć przed następną godziną. Zawsze kończył
kilkanaście sekund wcześniej, bez patrzenia na zegarek.

Wróćmy do pańskiego pisarstwa. Jak "robi się" narrację wielkiej syntezy
historycznej?

N.D.: Kiedy pisze się dużą syntezę, powiedzmy - na tysiąc stron, wszystkie
nie mogą być jednakowe, utrzymane w jednym rytmie stylistycznym. Dlatego
wprowadziłem w swoich pracach specyficzną konstrukcję rozdziałów. Na początku
zawsze jest stosunkowo krótki, ale szczegółowy wstęp, tak jak w Europie. Taki
snapshot - moment historyczny opisany barwniej po to, żeby czytelnik wszedł w
ówczesne realia, w to, czym żyli ludzie danej epoki, a nie tylko poznał
nazwy, liczby i daty. Druga część rozdziału to główna narracja, dużo
ogólniejsza, zaś trzecia to odbiór opisywanego okresu w epokach późniejszych,
np. jak w epoce romantyzmu widziano najazdy wikingów.

Kiedy zasiada pan do pisania? Czy wówczas, gdy uświadomi pan sobie, że
przeczytał wystarczającą liczbę źródeł i opracowań, by stworzyć własną wizję?

N.D.: To bardzo dobre pytanie. Myślę, że nie można zaczynać pisania bez
wizji, określenia kierunku, w którym się idzie. Owszem, po drodze są pewne
odchylenia, ale nigdy nie znalazłem się w sytuacji, kiedy musiałem odrzucić
to, co już napisałem, i zaczynać od nowa. Często mam "drugi okres" myślenia,
spacerowania bez pióra. Wtedy budzi się przekonanie, że mogę już zacząć.
Zawsze trzeba dużo czytać na temat, o którym chce się pisać, ale bardzo
rzadko czytam inne syntezy. Np. przed napisaniem swej najnowszej
książki "Wyspy. Historia" nie sprawdziłem wszystkich syntez historii Wysp
Brytyjskich.




Temat: wyśmienita przeszłość
Z jednym tylko sie zgadzam...
Ze przeszlosc G-dza (z malym wyjatkiem dot. okresu od potopu szwedzkiego do I rozbioru Polski) byla znacznie lepsza niz jego obecna sytuacja.
Natomiast cytowany tekst jest _dla mnie _ hiperenigmatyczny, pelen cytatow, porownan i nazwisk, ktore ani nic mi nie wyjasniajaja ani do niczego mnie nie przekonuja. Nie wystarcza mi samo stwierdzenie, ze profesor X uznal G-dz za pierwowzor starej W-wy. Chcialabym wiedziec dlaczego. To tylko jeden z problemow jakie mam po przeczytaniu tego "artykulu".
AC3: Skad u Ciebie taki "nagly powrot do korzeni"? Widze, ze Cie temat G-dza ostatnio niesamowicie nurtuje (nawet po nocach;-). Mnie nasze rodzinne miasto nie interesowalo przez 20 lat, wrocilam do tego tematu po tegorocznym zjezdzie z okazji 20-lecia matury.
MCPHISTO: Odpowiedz na to pytanie zawiera sie w tekscie:
"... Dwór Artusa w Grudziądzu, sąsiadujący przez Plac Miejski z Basztą Sędziowską..."
Tylko nie pytaj gdzie to moglo byc. Przeczytalam ostatnio "Szkice G-dzkie" - nie bylo tam mowy o g-dzkim Dworze Artusa, znalazlam natomiast kilka interesujacych informacji o Dworach Artusa:
"...Najstarszy zachowany Dwór Artusa na świecie, biorący swoją nazwę od legendarnego króla Celtów, Artura, żyjącego w Brytanii w VI wieku. Pierwotnie rycerskie spotkania Okrągłego Stołu w Brytanii odbywały się pod gołym niebem. Organizowano je często w podbitych krajach, chcąc uczcić zwycięstwa Anglików. Arturiańskie turnieje rozwinęły się za panowania króla Edwarda III, który w 1344 roku wybudował w Windsorze murowany Dwór Artusa (przeniesienie nazwy Dwór Artusa na budynek). W XIV wieku podobne dwory zaczęto wznosić m. in. w miastach portowych południowych pobrzeży Bałtyku, należących do Związku Hanzeatyckiego. Stawiano je w reprezentacyjnej części miasta. Poza Gdańskiem Dwory Artusa istniały w Toruniu, Elblągu, Chełmnie, Braniewie, Królewcu, Stralsundzie i Rydze. Żaden z nich nie zachował się w swej pierwotnej formie do dnia dzisiejszego."
"...Reprezentacyjne budynki o takiej nazwie powstawały w miastach nadbałtyckich jako siedziby różnych bractw. Ich członkowie, naśladując życie dworskie, urządzali w nich gry i ćwiczenia rycerskie a także huczne biesiady
Dwory Artusa powstawały na terytoriach związanych z Krzyżakami. Były one jednym ze sposobów organizowania się patrycjatu odczuwającego potrzebę nobilitacji i nawiązania do tradycji rycerskich i podkreślenia wyróżnienia, odrębności członków Dworu od reszty społeczności miejskiej - bogatych i średniozamożnych kupców i rzemieślników.
Początki Dworów Artusa w Prusach nie są jasne. Niektórzy wiążą je z działającymi w wielkich miastach bractwami kupieckimi.
Dwór Artusa koncentrował życie społeczne dawnego miasta. Położony w Rynku, w samym centrum, tuż koło Ratusza Staromiejskiego, był centralnym punktem życia towarzyskiego i politycznego, a poniekąd również religijnego, tu organizowano ważniejsze uroczystości miejskie i państwowe. Dwór spełniał ważną rolę w kontaktach z szerokim światem. Tutaj kupcy wymieniali tak ważne w tym zawodzie informacje, bowiem handel opierał się na osobistych kontaktach i wzajemnym zaufaniu partnerów. Spotkania przy piwie (które serwowano bez umiaru) i muzyce stwarzały więc znakomite podstawy rozwoju handlu morskiego. Tu można było dowiedzieć się wszystkiego, co działo się w Europie.
Odwiedzający Dwór wnosili opłatę. Członkowie bractw natomiast opłacali z góry za cały rok, za co mogli pić trzy razy dziennie bez dodatkowej opłaty. Służba towarzysząca panom miała zakaz wstępu; zostawała na przedprożu, gdzie była zobowiązania do przyzwoitego zachowania się. Zakaz wstępu mieli też obcy muzykanci, ladacznice i osoby wsławione zbyt swobodnym sposobem życia, osoby z bronią, zamaskowaną twarzą. Surowo karano zniewagi, narzekania na jakość piwa, rozbicie naczynia oraz wszelkie bijatyki."




Temat: Górnictwo w Polsce - zafałszowany obraz?
Gość portalu: , napisał(a):

Ciekawy watek poruszacie. Moze i ja dodam moje tzry grosze.

> "Cel dla każdego państwa jest taki sam od tysiącleci : zapewnienie
maksymalnej
> ekonomicznej pomyślności dla "podmiotów" krajowych (nawet jednowładztwo
carów,
> Mieszka I i królowej Kleopatry zakładało bogacenie ... podmiotów krajowych)
dla
> jak najlepszej pozycji wobec innych państw. Ten cel jest przez polskich
> matołków rządzących ŹLE i NIESKUTECZNIE osiągany (tradycje już prawie 300lat).
> Jakie Ty chciałbyś cele ? Rozwijanie polskich stoczni i polskich kopalń ?"
>
> Rozbawiles mnie, DOKLADNIE TAK. Cholera z ust mi to wyjales,
> a kopalnie to taki sam interes jak kazdy inny. Budowa okretow ma wielkie
> perspektywy dlugoterminowe. Zobaczysz. Kluczem jest tania energia.
> A wegiel, no coz, trend jest straszny. Ale poczekajmy, ja uwazam, ze to sie
> odwroci. Wegiel jest obecnie ZBYT TANI. Zamykanie permanentne kopaln, poprzez
> zasypywanie piaskiem jest BEZ SENSU.

Mam podobne zdanie co do kopaln, juz to wielokrotnie pisalem. Oczywiscie po
restrukturyzacji wiekszosc gornictwa weglowego napewno przezyje. Mysle, ze
nawet przy obecnym poziomie zlej woli, kradziezy i amatorszczyzny tych z dobra
wola, gornictwo weglowe przetrwa i bedzie sie mialo dobrze jeszcze przez dlugi
czas.

Nie podzielam zdania o tym, ze wegiel jest w Polsce tani bo trzeba przyjac za
podstawe porownania srednie koszty wydobycia na swiecie, lokalizacje wzajemna
kopaln i odbiorcow wegla w Polsce i na tej podstawie wyciagac wnioski.
Najlepsze szanse maja kopalnie polozone w glebi kraju i blisko odbiorcow (np.
elektrowni). Tym nie zagraza konkurencja bo koszty transportu i przeladunek
czynia import bardziej kosztownym. Podobne bylo doswiadczenie W. Brytanii.

Inna jest sprawa z przemyslem stoczniowym w Polsce. Jego ogromna czesc to
produkcja oparta na przetworstwie surowcowym, tj. produkcji zelaza i stali. W
tej dziedzinie Polska nie ma zadnych specjalnych warunkow naturalnych
sprzyjajacych przetworstwu surowcow: ruda jest importowana, wegiel jest
stosunkowo drogi a hutnictwo w nielepszym stanie niz gornictwo.

Polski przemysl stoczniowy nie byl "przodujacym na swiecie" pod wzgledem
technologicznym, a dodatkowo, przez ostatnie conajmniej dwie dekady zostal
jeszcze bardziej "w dolkach". Korzystniejszy kurs walutowy tego
nie "zniweluje", bo mowimi o konkurencji Korei, Chin i innych tygrysow o
niskich kosztach pracy.

Ponadto, za nieco wiecej niz pol roku relacje kosztowe i cenowe w Polsce sie
zmienia, a jeszcze szybciej gdy euro zastapi zlotowke. Zmieni sie tez pozycja
polskiego przemyslu wzgledem konkurentow z Unii. Wtedy rentowne i "z
perspektywami" zaklady nabiora wiatru w zagle a inne zostana szybko wchloniete
przez silne przedsiebiorstwa konkurencyjne a pozostale potrwaja jakis czas i
pozniej chyba dlugo pod wiatr nie pozegluja.

Gdybanie dzisiaj o tym jakie to moga byc przemysly i zaklady jest wrozeniem z
fusow bo musza sie wyksztaltowac nowe poziomy cen, popyt i wplyw rynkow
zagranicznych (tj. poziom ochrony wspolnego rynku). Nie zajmie to jednak
nadmiernie dlugiego czasu.

> W koncu o tym wlasnie piszemy.
> Im szybciej to wszystko sie zawali (rozpiepszacze) tym szybciej pojawia sie
> zyski w przemysle ciezkim. Ale jak to sie przedluzy, to kaplica.

Pozdrowienia,
A



Temat: A może Centrum cierpień Narodów Słowiańskich?
Po co Centrum przeciw Wypędzeniom?
Po co Centrum przeciw Wypędzeniom?

List zbiorowy 03-09-2003, ostatnia aktualizacja 03-09-2003 16:07

Apel na rzecz krytycznej i rozumnej dyskusji o przeszłości

W dziejach Republiki Federalnej Niemiec niemal żadnemu innemu tematowi nie
poświęcono chyba tak wiele uwagi jak ucieczce i wypędzeniu Niemców po II wojnie
światowej. W prawie każdym niemieckim mieście znajdują się pomniki i lokalne
miejsca pamięci przypominające o tym rozdziale niemieckiej historii. Temat ten
był przedmiotem szczegółowych badań naukowych, twórczości literackiej oraz
podstawą debat publicznych.

Pomimo to zagadnienie ucieczki i wypędzenia stało się ponownie przedmiotem
aktualnych dyskusji politycznych. Mówi się o powstaniu Centrum przeciw
Wypędzeniom, które miałoby przechować pamięć i stanowić przestrogę.

Wspomnienie wysiedleń ma uzasadnione miejsce w indywidualnej pamięci i jest
mocno zakorzenione w zróżnicowanej, spornej pamięci Niemców. W obecnym
projekcie chodzi o coś zupełnie innego. Powstać ma mianowicie centrum
finansowane ze środków publicznych i uświęcone przez państwo. Jego zadaniem
miałoby być kształtowanie i forsowanie jednolitego obrazu przeszłości.

Inicjatywa ta niesie duże niebezpieczeństwo. Polega ono na tym, że to państwo
sankcjonuje obraz przeszłości i jego reinterpretacje. Taka inicjatywa torpeduje
też dyskusję społeczną i polityczną będącą podstawą europejskiego dialogu.

Dlatego mówimy z całą wyrazistością: Centrum przeciw Wypędzeniom nie przyniesie
żadnej korzyści krytycznemu rozliczaniu się z historią. Zamiast tego mogłoby
postawić pod znakiem zapytania odmienne doświadczenia europejskich narodów, a
co za tym idzie - przeszkodzić w integracji europejskiej. Mało tego,
stanowiłoby zagrożenie dla z takim trudem wypracowanych postępów w budowie
wspólnego europejskiego domu.

Zauważamy przy tym przede wszystkim dwa zasadnicze problemy na płaszczyźnie
historycznej i politycznej. Gdy spojrzeć z historycznego punktu widzenia, grozi
nam dekontekstualizacja przeszłości, jako że uległby zamazaniu związek
przyczynowo-skutkowy pomiędzy brutalną nazistowską polityką narodowościową a
późniejszą ucieczką i wypędzeniem Niemców. Polityczne niebezpieczeństwo polega
zaś zwłaszcza na interpretowaniu konfliktów społecznych wyłącznie w kategoriach
etnicznych, co utrwala tradycję spoglądania na przeszłość, teraźniejszość i
przyszłość z narodowego punktu widzenia.

W ramach europejskich rozliczeń z przeszłością opierajmy się na pluralistycznym
i krytycznym dyskursie. Centrum przeciw Wypędzeniom" stałoby mu na
przeszkodzie.

Gerolstein, 10 sierpnia 2003 r.

Pierwsi sygnatariusze

Alexander Manfred, prof., Seminarium Historii Wschodnioeuropejskiej
Uniwersytetu w Kolonii (Köln, Niemcy)

Bedná Miroslav, Doc. PhDr. CSc., Instytut Filozofii Akademii Nauk Republiki
Czeskiej (Praga, Czechy)

Borzyszkowski Józef, prof., historyk, Uniwersytet Gdański, prezes Instytutu
Kaszubskiego (Gdańsk)

Brown Martin D., dr, historyk, The American International University w Londynie
(Wielka Brytania)

Brumlik Micha, prof., Instytut Pedagogiki Ogólnej Uniwersytetu we Frankfurcie
nad Menem (Niemcy)

Bruns Birgit, Dział d/s Wymiany Zagranicznej Uniwersytetu w Oldenburgu (Niemcy)

Buchholz Werner, prof., Katedra Historii Pomorza Uniwersytetu w Greifswaldzie
(Niemcy)

Burleigh Michael, prof., historyk, University of Washington & Lee (Virginia,
USA)

Butterwegge Christoph, prof., Wydział Nauk Politycznych Uniwersytetu w Kolonii
(Köln, Niemcy)

Cegielski Tadeusz, prof., Instytut Historyczny Uniwersytetu Warszawskiego





Strona 3 z 3 • Znaleźliśmy 108 rezultatów • 1, 2, 3
Szablon by Sliffka